wtorek, 8 listopada 2011

Wyroki w zawieszeniu w procesie ws. agencji finansowej "Grosik"

Na kary łączne 2 lat i 1,5 roku więzienia, w zawieszeniu na cztery lata, skazał w poniedziałek Sąd Okręgowy w Białymstoku dwoje członków b. zarządu agencji finansowej "Grosik". Uniewinnił ich jednak od zarzutu przywłaszczenia pieniędzy klientów.


Sąd skazał ich także na kary po 15 tys. zł grzywny (które prawie w całości zostaną zaliczone na poczet aresztów, w których oboje oskarżeni przebywali prawie przez pół roku) a także orzekł wobec nich obowiązek częściowego naprawienia szkody poszkodowanych osobom, firmom i instytucjom, którzy takie wnioski złożyli.
Sąd przez ponad godzinę odczytywał dane w sumie ponad 2 tys. pokrzywdzonych, podając kwoty od kilkudziesięciu złotych do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Według szacunków oskarżyciela, to w sumie kilkaset tysięcy złotych, które skazani muszą pokrzywdzonym oddać. W każdym przypadku chodzi o 77 proc. kwoty wyjściowej, bo 23 proc. spłacił poszkodowanym już wcześniej syndyk z masy upadłościowej spółki.
Wyrok nie jest prawomocny. Prokurator, który chciał dla oskarżonych kar po trzy lata więzienia bez zawieszenia i przyjęcia, że doszło do przywłaszczenia przez nich pieniędzy od klientów "Grosika", po publikacji orzeczenia nie wiedział jeszcze, czy będzie składał apelację. Skazanych w sądzie nie było.
Nieistniejący już "Grosik" był typowym pośrednikiem finansowym. Ponieważ pobierał niskie opłaty, wiele osób przez niego regulowało swoje rachunki, np. płaciło czynsz, rachunki za prąd, gaz itp.
Śledczy wyliczyli, że od grudnia 2004 do września 2005 roku agencja działała na szkodę co najmniej ponad 8,3 tys. osób fizycznych i szeregu firm, których zlecenia przelewów pieniędzy przyjęła, ale nie zrealizowała. Łączną kwotę tych należności wyliczyli na 1,7 mln zł.
Sąd okręgowy uznał jednak, że nie ma dowodów na przywłaszczenie pieniędzy przez skazanych i skazał ich przede wszystkim za to, że w porę nie złożyli wniosku o ogłoszenie upadłości spółki, mimo iż straciła już ona płynność finansową. Jak uzasadniał sędzia Janusz Sulima, powołując się na opinie biegłych w tej sprawie, już pod koniec lutego 2005 roku można było zrobić bilans spółki i stwierdzić, że jest ona niewypłacalna i złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości, podczas gdy stało się to dopiero we wrześniu 2005 roku. 
Sąd zwrócił uwagę, że skazanie b. zarządu "Grosika" z tego paragrafu kodeksu spółek handlowych daje innym poszkodowanym otwartą drogę do dochodzenia roszczeń od skazanych. "To bardzo istotne dla wszystkich" - mówił sędzia.
Kara łączna obejmuje też m.in. naruszenie przepisów o rachunkowości (chodziło m.in. o brak ewidencjonowania w księgach rachunkowych usług franczyzobiorców).
Sąd ocenił, że w dokumentach spółki był "chaos", ale że nie można było przypisać oskarżonym przywłaszczenia pieniędzy klientów, czyli głównego zarzutu oskarżyciela. Sędzia Janusz Sulima mówił, że nie było dowodów, które pozwoliłby ustalić taki zamiar oskarżonych. 
Sędzia ocenił, powołując się na zeznania świadków w tym procesie, że celem oskarżonych nie było przywłaszczenie pieniędzy wpłacanych w punktach kasowych "Grosika". Mówił, że oskarżeni próbowali - mimo trudności finansowych - nadal prowadzić działalność. Podkreślał, że nie ma dowodów na to, że oskarżeni "wyprowadzali" pieniądze ze spółki.
Dodał, że nikt nie stwierdził i nie ma na to żadnych dowodów, by oskarżeni mieli jakieś prywatne konta, na które były przelewane pieniądze wpłacane przez klientów +Grosika+, by dzięki temu zgromadzili jakieś ogromne majątki czy kupowali nieruchomości za granicą. Sulima podkreślił, że dopiero takie ustalenia pozwalałyby na przypisanie oskarżonym przestępstwa przywłaszczenia.
Sprawa "Grosika" była jednym z najdłużej prowadzonych śledztw białostockiej prokuratury; trwało kilka lat, bo było wielu pokrzywdzonych, z których duża część sama zgłosiła się na policję. Konieczne też było wykonanie ekspertyz finansowych. Proces w pierwszej instancji trwał od maja 2010 roku. (PAP)

Materiał pochodzi z www.lex.pl

poniedziałek, 7 listopada 2011

Europoseł stanął przed sądem pozwany przez licealistów

Europoseł, b. minister edukacji Ryszard Legutko stanął w czwartek przed krakowskim sądem. W procesie cywilnym, wytoczonym mu przez dwójkę licealistów, którzy złożyli petycję o usunięcie symboli religijnych wyjaśniał, dlaczego nazwał ich "rozpuszczonymi smarkaczami".


Na pierwszej rozprawie w listopadzie ub. roku pełnomocnik europosła wniósł o odrzucenie powództwa ze względu na immunitet. Sąd okręgowy uznał, że wypowiedzi Legutki nie mieściły się w zakresie sprawowania przez niego funkcji europosła. Stanowisko to podzielił sąd apelacyjny, do którego złożył zażalenie europoseł.
W czwartek na początku rozprawy Ryszard Legutko wyraził gotowość przeproszenia powodów, "o ile oni sami czują się obrażeni". Do zawarcia ugody jednak nie doszło z powodu nieobecności powódki. Sąd przesłuchał strony i świadka.
W listopadzie 2009 roku ówcześni uczniowie klasy maturalnej XIV LO we Wrocławiu (obecnie studenci warszawskich uczelni - PAP) złożyli dyrektorowi szkoły petycję, w której prosili o usunięcie symboli religijnych z terenu szkoły.
W szkole odbyła się debata na ten temat, ale symbole religijne pozostały na swoich miejscach. Natomiast były minister edukacji, obecny europoseł z okręgu wrocławskiego prof. Ryszard Legutko w publicznych wypowiedziach nazwał uczniów "rozpuszczonymi smarkaczami", a ich działania "typową szczeniacką zadymą". Mówił też o "rozwydrzonych i rozpuszczonych przez rodziców smarkaczach".
Dwoje uczniów uznało, że doszło do naruszenia ich dóbr osobistych: dobrego imienia oraz godności osobistej poprzez publiczne określenie ich mianem "smarkaczy" oraz "szczeniaków", i pozwało Ryszarda Legutkę do sądu. W pozwie domagają się przeprosin na łamach dwóch gazet, w których europoseł wypowiadał się na ich temat, oraz wpłaty 5 tys. zł na cele społeczne.
Jak zeznał przed sądem Ryszard Legutko, był oburzony sprawą petycji, o której dowiedział się od dziennikarza. Działanie licealistów nazwał agresywnym, arbitralnym i bezprawnym. "Dotyczyło to bardzo agresywnego zachowania, ponieważ nie chodziło o wypowiedź, a o działanie. Sprawa obecności krzyży w szkołach jest uregulowana rozporządzeniem MEN, więc było to działanie sprzeczne z prawem. Ponadto wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Lautsi przeciwko Włochom, na który powoływali się licealiści, dotyczył kraju z innym systemem prawnym" – wyjaśniał pozwany europoseł.
Pytany, czy jego oburzenie wynikało także ze względów światopoglądowych, europoseł wyjaśnił: "Ta sprawa jest sprzeczna z moimi poglądami, ale ona nie dotyczy poglądów, tylko konkretnego działania. W Polsce usuwanie krzyży ze szkół kojarzy się jak najgorzej co najmniej od 150 lat" – powiedział Ryszard Legutko.
Wyjaśnił także, że dla niego słowa o +rozpuszczonych smarkaczach+ oznaczają "kogoś takiego, który mówi ja to chcę i to chcę natychmiast".
Pytany, czy uważa wypowiedziane przez siebie słowa za dopuszczalne w debacie publicznej Legutko wyjaśnił, iż "nie jest to sprawa debaty publicznej, to jest kwestia dotycząca oceny pewnych działań". "Czym innym są wypowiedzi publiczne, a czym innym debata publiczna, np. co do problemu neutralności światopoglądowej państwa" - stwierdził ponadto. Jego zdaniem, licealiści nie uczestniczyli w debacie publicznej. "Działanie zmierzające do usunięcia krzyża w formie petycji nie jest debatą" - wyjaśnił. Stwierdził także, że w debacie publicznej wyraziłby się inaczej i podał przykład: "przepraszam pana, ale to co pan proponuje, ma charakter postawy smarkaczostwa".
Legutko wyraził też opinię, że "człowiek w pewnym wieku cieszy się tym przywilejem, że może mówić dosadniej do dużo młodszych ludzi". Dodał też, że z racji funkcji publicznych jest zobligowany do wypowiedzi ocennych, w których stara się wartościować pewne kwestie. 
Na pytanie strony przeciwnej, co było złego w złożeniu petycji, wyjaśnił: "Jest to szkodnictwo, dlatego że to brutalizuje życie szkoły. W ogóle walka z krzyżem jako symbolem związanym bardzo ściśle z polską tradycją zawsze przynosiła złe skutki i to nie ma nic wspólnego z tym, czy ktoś jest chrześcijaninem czy nie, czy wierzy w Boga, czy nie, czy jest lewicowy czy prawicowy". Zwrócił także uwagę, iż "jest to ten sam schemat, o którym mówił: +ja to chcę i to chcę natychmiast+".
"Uważaliśmy, że symbole światopoglądowe w szkole naruszają zasadę neutralności państwa" - mówił przed sądem jeden z autorów petycji Tomasz Chabinka. Jak wyjaśnił, słowa Ryszarda Legutki sprawiły mu przykrość, ponieważ uważał go za wybitną postać. "Uznałem je za stwierdzenie, że nie mamy prawa do zabierania głosu w tej sprawie, tylko wyrażone w formie obraźliwej i wykraczającej poza normę" - powiedział.
Sąd odroczył kolejną rozprawę do 5 kwietnia 2012 roku. Sprawa jest objęta Programem Spraw Precedensowych Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Powodów w postępowaniu reprezentuje pro bono adw. dr Anna-Maria Niżankowska-Horodecka. (PAP)

Materiał pochodzi z www.lex.pl